Pokój

Mojemu bratu Maciejowi

Dostał w pysk już na pierwszej przerwie po wakacjach. To było w osiemdziesiątym drugim albo trzecim roku, dokładnie nie pamiętam. Nie do końca wyrośliśmy w każdym razie z krótkich spodenek.
Klasa w której powtarzałem dziesiątą powstała, bo zamknięto jedno z liceów w dzielnicy, więc prawie nikt nikogo nie znał. Ominęło mnie zatem najgorsze: wstyd poprawkowicza przed młodszymi kolegami. Kobra matfiz, wychowawczyni zażyczyła sobie,żeby każdy po kolei, przedstawiał się całej klasie. Jak dzieciakom w przedszkolu nakazała prezentacje wraz z miejscem urodzenia, ulubionym przedmiotem i zainteresowaniami.
Max podszedł do mnie zaraz po lekcji.
-Jak się nazywasz, bo zapomniałem?
-Michał...
-Wie?
-Michał...
-Ach: Mihau. Miau! Hau!
-...Szalonek.
-Schalom, schalom... Przecież w Polsce nie ma już...
-Tak, nie ma, ale to bardziej z czeskiego chyba...Urodziłem się w Katowicach...
-Ach, in Kattowitz. Ja richtig. Ein Schlesier also...
-Nein – Pole.
-Polen in Schlesien?- spojrzał na mnie jak na idiotę.
-Chcesz w ucho?...
-Was? UFO ?
-Tak, kurwa! UFO wysadziło na śląsku Polaków! Jeden spodek nawet im się zdupił...
-Ej, Ostler, ale to nie powód, żeby się wydzierać...
Max Jagla. Miejsce urodzenia, Berlin; ulubiony przedmiot, historia; hobby: historia wojen XX-go wieku. Opadająca na oczy grzywka blond, wygolony kark, koszula zapięta na ostatnią dziurkę. I ten uśmieszek wyniosły...
Za „ostlera” dostał z otwartej.

Kiedy siedem lat temu przyjechaliśmy do Berlina, matka, ojciec i ja, pewnego dnia, stary wziął mnie na stronę:
„Synku, naubliżać mogą ci tu i zwyzywać. Nic sobie z tego nie rób, bo ich obelgi podobnie jak humor krążą wszystkie wokół odbytu i wychodka. Jeżeli natomiast ktoś nazwie cię - Polacke – bij! Nigdy nie zapominaj, że oni zabrali dziadka do obozu, a babci kazali we Wiedniu rowy kopać...”
-Dziadka? Myślałem, że dziadek był w Wehrmachcie?...
-Nie ten, idioto...
-Acha...

Podszedłem do niego po lekcjach.
-Jak nos?
Machnął ręką.
-I po co ci to było? Do mnie „ostler”, a sam nosisz polskie nazwisko...
Myślałem wtedy że mnie pogryzie.
-My Jaglowie jesteśmy rdzennymi Niemcami od conajmniej trzydziestu pokoleń !
-To, że przed nazwiskiem nie noszę rodowego „von”, jest tradycją rodzinną ! Trzeba zrobić naprawdę coś WIELKIEGO, by móc posługiwać się tytułem szlacheckim...
-Stary uważaj, bo jak tak dalej pójdzie , to jedynym wielkim w twoim wydaniu będzie kupa w szpitalnym baseniku. Rodzona matka cię nie pozna...
-Nie mam matki. Zmarła przy porodzie.-, a to co mówiłem, udowodnię ci jutro na papierze.
Nawet mi się go trochę żal zrobiło.

-Jagla? –Jagła czyli krupa. Który to cesarz, mówisz, nadał im tytuł szlachecki? – ojciec rozparł się w fotelu. Ach, żebym to ja wiedział jaki. Heinrich Zbereźny, czy jakiś... Gdyby za wygraną ligę nadawali szlachectwo, wtedy - śpiewająco, ale że jakieś cymbały w pudrowanych perukach?.. Poczty królów, to jak kartoteka prokuratora. Ucz, się hassteorii, ucz! Tobie na dywanik do dyrektora za dymek w kiblu, albo rzucanie śnieżkami na przerwie, a taki król, to sobie ludzi na wojnę słał jak w maszynkę do mięsa. I to ma być ta wielkość, o której tomiska jebitne jak pustaki na półkach leżą?..
-Zaniemówiłeś? Pytam: jaki kajzer?
-Eee, Heinrich jakmutam... Podrzędny chyba. Jakaś nędza. Zapomniałem.
-Pobożny ? Niemożliwe, to nie cesarz, to...
-Może i położny...
Co to miało za zanaczenie,kiedy za pięć minut zaczynał się przegląd sportowy.
-Boże, synku, na cośmy cię wychowali...
-Przecież żartuję tato, ale co to za kajzer musiał być, jak z krupy rycerza zrobił...

Następnego dnia Max przymaszerował po dużej przerwie.
-To na dowód mojego pochodzenia.
Ho, ho ! „Ariernachweis”. Gapa wczepiona w wieniec z hakenkrojcem, sztempelki, warczący gotyk i znaczek urzędowy z nadwodzem wszechczasów.
-No i co ? Tu jest napisane, że od czterech generacji w żyłach niejakiego Franza Jagli, nie płynęła obca krew. Od czterech generacji, a mówiłeś, że od trzydziestu. Pozatem: skąd w Trzeciej Rzeźni mieli pewność, że nigdy, żaden z was, nie miał na przykład – transfuzji?
Max bynajmniej nie zbity z tropu, wypiął pierś:
-Obca krew, to znaczy, że obca rasowo - genetycznie. Naukowcy Rzeszy starali się udowodnić, że różnice między rasami, sprowadzają się do różnic jakościowych: rrrasy słabe, niskie, mniej wartościowe i rrrasy wyższe, tworzące cywilizację. Narodowi Socjaliści za największy grzech wobec narodu, uważali zatem...
I tak dalej i tak dalej. Oczy zaszły mu mgłą. Uniósł głos i już nie patrzył na mnie.To znaczy-patrzył, tylko tak wskroś jakby...
-...los!...los!... vorwärts!..
Jak gdyby komentował mecz. Spotkanie, raczej mało towarzyskie : – „KS Untermensch” z „SC Herrenvolk”. Finał Mundialu! Nie chciało mi się wierzyć. Jechał diapazonem, jak jakaś pierdolnięta wersja Ciszewskiego...
-...sprawy ludzkości... Przetrrrwanie cywilizacji...
-Dobra, już, dobra, co tam jeszcze masz?
-Co? Ach tak. Wszystkiego nie przyniosłem, bo ojciec papiery trzyma zamknięte w pokoju, a teraz wyjechał, ale mam jeszcze to.
I znowu: gapa z krzyżem, „Unsere Ehre heisst Treue”, znaki runiczne, Reichssicherheitshauptamt, gotmitunsy i napis: „Sturmbannführer SS Siegfried von Jagla. Gefallen für Führer Volk und Vaterland, Berlin, den 28.April.1945“...
-Wujek Siegfried, - do ostatniej chwili w bunkrze Führera !...
Prawa ręka niecierpliwie zadrżała przy boku, w każdej chwili gotowa wystrzelić do pozdrowienia.
Przetarłem oczy. Nie interesowała mnie polityka ani historia specjalnie, ale żeby trzydzieści pięć lat po zakończeniu wojny, zamiast w AC/DC albo KISS, przyoblec sobie słomiankę w złote ramki z podobiznami Eichmanna, albo Hoessa?..
Zauważywszy moje osłupienie, zwinął papiery, oparł się o blat stołu i ciszej, nachylając rumianą facjatę oznajmił:
-Nie jestem i nigdy nie będę rasistą, ale czy nie sądzisz, że zbyt łatwo oceniamy dziś idee przeszłości? Z naszej perspektywy, to przecież chyba żadna sztuka...
-Nie wiem co chcesz przez to powiedzieć.
-Okres nazizmu oceniany jest dzisiaj tylko negatywnie, chociaż miał także inne strony...
-Mianowicie?
-Trzecia Rzesza, to nie tylko obozy koncentracyjne i gazowanie, choć i co do tego zdania historyków są podzielone. Na przykład taki David Irving...
-Stary, przecież nie o tym chciałeś mi opowiadać. Gdzie jest te trzydzieści pokoleń krupów, ja się polityką nie interesuje.
-Kruppów?
-No... Jagli.
-Mówiłem ci - wszystkiego nie mogę pokazać, bo ojciec trzyma zamknięte w pokoju, a teraz wyjechał.
-Nie dorobiłeś klucza ? –zapytałem dość głupio, ale Max nagle pobladł , zmizerniał. Wyglądał trochę jak skwarka podskakująca na patelce mojego pytania.
-Pokój jest zamknięty na parę zamków - zawsze...-wydusił.
-Kiedy stary wyjeżdża...
-Jak mówię zawsze, to mam na myśli zawsze. Nigdy nie byłem jeszcze w tym pokoju. – dodał zupełnie już cicho.
Osłupiałem.
-To ile wy macie pokoi?
Przez chwilę liczył.
-Piętnaście. Z partyroomem i barkiem w piwnicy, będzie siedemnaście.
No tak. Mieszkaliśmy w Dahlem na południu Berlina. „Dynastia” i SS Wirtschaftsverwaltungshauptamt do kupy wzięte. Sam dzieliłem ze starymi sto metrów kwadratowych. Przy domu Jagli to jakbym w ziemiance koczował. Chciałem jeszcze coś dodać, ale do klasy wszedł już naukczyściciel germanizator.

Po lekcjach, zgodnie ze zwyczajem, zastałem chłopaków pod wejściem do magla. Bayer, Cezar i dwumetrowy Lutz.
-Salam alejkum.
-Alejkum salam. Jak tam dziesiątacy? Po pierwszym dniu pieluchy powalane?
-Sam się powal. – Cezar tylko fuksem przeniknął do jedenastej. Lutz i Bayer byli od nas starsi. W tym roku zdawali maltretury.
-Zostaw go. O mały figiel sam ryłbyś glebę. Ale jak tam, opowiadaj, lalunie w porządku ? Podobno do dziesiątych nawiało towaru pierwszej klasy?
-O to idzie, że z pierwszej klasy. Jakoś nie zwróciłem uwagi, za to... taki facio jeden jest... Dziwny gość...
-Ooo, to zmienia postać rzeczy ! Chłopaki zaciskać pośladki! Szoszonek cwałuje od tylca...
-Nie wygłupiaj się, to naprawdę ciekawy przypadek. Histopata...faszofil...Stary w HJ, wujek w SS...
-A bo to mało takich w naszej kochanej budzie ? Nawet u mnie w rodzinie, gdyby poszperać nie jedno by wyszło na jaw. Tylko, po co? Mówiłeś, że twój dziadek też biegał w Wehrmachcie?
-Biegał, bo musiał. Na Śląsku, nie było zmiłuj...
-Myślisz, że tutaj wszyscy szli na ochotnika?
-No..., nie.
-To ten, którego wczoraj walnąłeś na przerwie?
-Słuchajcie. Facet zwyczajnie nosi polskie nazwisko i właściwie o to poszło...
-Lejesz za polskie nazwiska ? Będą z ciebie ludzie... – ryknął Lutz. Pod klepnięciem jego wielkiej jak łopata dłoni, zatańczyłem na trotuarze.
-Dostał, bo nazwał mnie ostlerem, a ja mu na to, że jak nosi polskie nazwisko, to niech nie fika, wtedy podkurwił się i przyniósł mi papiery, które miały udowodnić jego pochodzenie, aryjskie, rzecz jasna.
-I co ? Przyniósł ?
-Przyniósł. „Ariernachweis” i list kondolencyjny za rozwalonego wujka z „Leibstandarte Adolf Hitler”
-I co z tego?
-Właściwie nic. Ale jest jeszcze jedno... – zawiesiłem głos, rozglądając się na boki.
-No?
-Wielka Niezgłębiona Tajemnica von Jaglów...

-Znaczy, że pokój zamknięty jest zawsze? – Bayer kopał w wystające kamienie chodnika. Szary gmach magla zostawiliśmy za plecami.
-Jak Fort Knox. Ileśtam zamków…Max podobno nigdy go nie widział. Jak myślisz, co...
-...stary tam przechowuje?
-To proste. Pewnie zrobił sobie takie prywatne muzeum. Skansen. Giwery, mundury, odznaczenia... Może jaki lampionik, albo „Mein Kampf” obite w ludzką skórę, skrzynia złotych zębów...głowy w spirytusie...
-Przestań.
-Mówię poważnie. – Bayer jeszcze przez chwilę bawił się moim kosztem.
-Ale nawet gdyby były tylko zwyczajne pamiątki po Trzeciej Grzeszni, to jest to zakazane. Każde dziecko w końcu paple, więc zakazał chłopcu wstępu i tyle...
-Jesteś pewien?
Wnioski Bayera wydawały się logiczne, mimo, że zakrawały przecież o ciężkie wariactwo.
Milczeliśmy przez dłuższą chwilę. To co powiedział Bayer nie chciało mi wyjść ze łba. Osobiście wolałem wyobraźić sobie starego Jaglę przebranego w galowy mundur, maszerującego po ruchomej taśmie vis-a-vis ekranu z którego machał mu stojący na trybunie Adolf Hitler. W tle, z gramofonu, płynął „Marsz Radetzkiego”, albo jakiś inny chłam: ufta, ufta, uf, uf, uf...
Doszliśmy prawie pod nasz blok. W ciemnej czeluści drzwi stał mój ojciec i machał nam ręką na powitanie.
-Trzeba by sprawdzić ten pokój. –odezwał się nagle Bayer.
Spojrzałem na niego. Nie żartował.

-Sprawdzić, sprawdzić – mrużąc oczy do słońca Cezar przedrzeźniał Bayera– łatwo powiedziane.
-Chcecie się włamać?
-W pewnym sensie. Jak tylko Max będzie miał wolną chatę - zorganizujemy imprezkę. Trochę alkoholu, panienki, tańce...a potem –„Sezamie otwórz się!”
-Bez wiedzy Maxa, czy wspólnie z nim?
-To właśnie jedno z fundamentalnych pytań. Bayer co o tym sądzisz?
Odwróciłem się do Bayera sięgając po butelkę wody mineralnej.Wykończeni treningiem leżeliśmy w cieniu drzew na skraju boiska. Po tartanowej nawierzchni ganiało za piłką stado małolatów.
-Sądzę, że to wyjdzie w praniu. Na początek trzebaby się z nim trochę zaprzyjaźnić.
-To ja odpadam...
-Dlaczego? Ty masz najlepsze karty. Już załapałeś pierwszy kontakt...
-Pięści z nosem...
-...na tle rasowo ideologicznym. Ergo, macie wspólny temat i chodzicie do jednej klasy. Trudno żeby któryś z nas próbował...
-Mógłby pomyśleć, że pedały... – włączył się Lutz – Pedałów też wysyłali do gazu.
Cezar odwrócił się na brzuch.
-I wyobrażacie sobie pewnie, że to ja będę otwierał ?
-A kto? Wreszcie się przydadzą te narzędzia z zakładu twojego starego.
Ojciec Cezara miał zakład ślusarski. Wniosek Bayera przeszedł jednogłośnie. Słońce utonęło gdzieś za widnokręgiem. Z głodu burczały nam brzuchy. Zaczęliśmy się zbierać do domu.
-A jaka będzie rola szanownych kolegów w tym przedsięwzięciu? –Cezar zwrócił się do Lutza i Bayera.
-No, będziemy koordynować istotne zagadnienia całej akcji, to znaczy: kanalizować, korelować, ewentualnie konwojować... –wyliczał Bayer.
-Kontrolować również?..
-Skoro tylko będzie tego wymagała sprawa...
-Mam zatem wniosek na sam koniec. Sfinansujecie imprezę u Jagli.
-Jaką imprezę? – Lutz nie świecił, albo zwyczajnie się wygłupiał.
-Będzie normalna zrzutka.
-Bayer, nie próbuj chwytów. Będzie zrzutka, ale wy przejmiecie w niej naszą część. To minimum, w porównaniu z tym co z Cezarem bierzemy sobie na garb.
-Potrzebna jest w ogóle ta impreza? Może da się bez... –mruknął Lutz.
-Może...

Wbrew moim obawom nawiązanie bliższych stosunków z Maxem nie było ani trochę trudne. Aferę z pierwszego dnia potraktował widocznie jako wypadek przy pracy, a moje polskie pochodzenie po prostu zdawało się go nie obchodzić. Skoro urodziłem się na Śląsku – byłem dla niego Niemcem, a fakt, że po siedmiu latach wysławiałem się po niemiecku nie gorzej niż tubylcy, najwyraźniej utwierdzierdzał go w tym przekonaniu.
Natomiast okazało się, że tak naprawdę łączy nas jeszcze inny wspólny temat. Sport. Max, brał sprawę wychowania fizycznego nadzwyczaj poważnie, celując przy tym wyłącznie w dyscyplinach indywidualnych. Drużynowe traktował jak zabawę dla plebsu. Kiedy raz w tygodniu męską część klasy dzielono na dwie drużyny, nie przestawał grymasić i prowadzący nasze zajęcia naukszczyciciel pozwolił mu w końcu na trenowanie biegów, skoków w dal, rzutów oszczepem i tak dalej.

Podczas gdy reszta rżnęła w nogę, Max kręcił samotne rundki na szkolnym stadionie, albo szlifował technikę biegu przez płotki. Na efekty nie trzeba było długo czekać. W trakcie kończących sezon zawodów szkolnych ustanowił dwa nowe rekordy w biegach na tysiąc i na pięć tysięcy metrów, podczas ostatniego deklasując na mecie dotychczasowego mistrza –Bayera. Mnie też się dostało. Mój ubiegłoroczny rekord w rzucie oszczepem zamienił się w makulaturę. W sprincie ledwo mu dorównałem.
Oczywiście lekkoatletyka nie była dla nas tak ważna , jak noga albo kosz. Mimo to Max naruszył nasz prestiż pośród pedagogów, a co ważniejsze – podziw w oczach płci pięknej.

Sprawy rozwijały się dobrze, czyli w myśl planu. Z Maxem chyba nawet się polubiliśmy, chociaż przed chłopakami trzymałem fason, specjalnie się tym nie afiszując.
Imponował mi swoim zachowaniem, bo rzeczywiście miało arystokratyczny sznyt. Elegancja z jaką traktował kobiety, niezależnie od tego czy były pryszczatymi mutantami, czy porażały urodą, przysporzyła mu w klasie miano dżentelmena nawet pośród grupy feministek, z którymi przy każdej nadarzającej się okazji toczył słowne boje. W dystyngowany sposób miły, bez cienia arogancji, pomocny słabszym, wysławiający się z wyszukaniem, wysportowany...
A jednak... Raz po raz frustrował wszystkich swoimi skrajnie prawicowymi zainteresowaniami.

Pewnego dnia, w zastępstwie lekcji angielskiego zjawił się sam dyrektor. „Eksterminator”, jak przezwał go kiedyś Bayer. Nie wróżyło to nic dobrego.
-Starzy bywalcy wiedzą, że nie jestem anglistą, a moją dziedziną jest filologia klasyczna.- pod jego wzrokiem poczułem się jak żuczek przekłuwany szpilką entomologa.
-...ale, wykładam również historię. Skoro więc za oknami ciepły jesienny dzień i przed państwem jeszcze godziny wytężonej pracy, dla pobudzenia szarych komórek zrobimy sobie quiz.
-Zabawa polega na tym, że będę prezentował wam życiorysy znanych ludzi, a wy postaracie się odpowiedzieć o kogo chodzi.
Bez większych trudności odgadnięto po kolei Napoleona, Cezara, Katarzynę Wielką, Lenina i Kopernika. Max zdążył zapunktować dwukrotnie i był wyraźnie podekscytowany.
-Rok urodzin 1887...
-Adolf Hitler!
Kolejny punkt dla Maxa. Dyro opuścił okulary na nos.
-Kogo my tutaj jeszcze mamy...Rok urodzin-1889. Studia Germanistyki od 1910 roku w...
-Dr. Josef Goebbels! – Max, wbrew panującym w maglu zwyczajom zerwał się z krzesła.
Zamarliśmy, potem odezwały się nerwowe chichoty. Paru gości przystawiło sobie dwa palce pod nos i rozprostowało prawą rękę.
-Proszę o spokój.Odpowiedź prawidłowa. –Dyrektor przyjżał mu się uważnie.
-Z tytułem naukowym włącznie –dodał i jeszcze:
-Proszę siadać. Nie jesteśmy w karnej jednostce ani w FDJ...
-Jawohl...
Max nie odezwał się już do końca lekcji.

-Co za impertynencki głąb! Jak mógł mnie tak załatwić...
-Nie pękaj, po prostu przesadziłeś z tym wstawaniem...
-To nie ma nic do rzeczy, przyzwyczajenie z internatu. Tam tego wymagano. W Bawarii...
-Byłeś w internacie?
-Od piątej klasy. Ojciec wtedy nie miał czasu. Zajmował się wyłącznie fabryką.
-A, teraz?
-Co, teraz?
-Dlaczego wróciłeś do Berlina?
-Zostałem usunięty. Dyscyplinarnie.
-„Wolność upodobań ” to w tym kraju puste słowa – mruknął. Potem spojrzał na zegarek.
-Jak masz ochotę, to przyjdź do mnie wieczorem. Ojca nie ma. Pooglądamy boks.